Prasa o Wirtualnej Polsce Computerworld, 28 sierpnia 1995 - Sieciowi Akademicy, Przemysław Gamdzyk [...] Do tej pory w polskim Internecie nie było nigdzie centralnego zbioru odnośników do stron z różnymi informacjami, które mogą być interesujące dla zwykłego człowieka. Dotychczasowe spisy były zwykłymi "płaskimi" wyliczeniami zasobów sieciowych i serwerów, które porządkowano jedynie względem ich położenia geograficznego. Co w praktyce okazywało się mało przydatne, jeśli szukało się konkretnych informacji. Na świecie takie repozytoria metabazy danych o zasobach są już wykorzystywane od dawna. W naszym kraju jednak Wirtualna Polska, stworzona przez Leszka Bogdanowicza, jest pierwszą tego rodzaju zrealizowaną inicjatywą. Według samego autora, WP to na razie jedynie eksperyment mający za zadanie pokazać, że już w Internecie jest dostępnych całkiem sporo informacji "zwykłych", takich jak opisy miast, przewodniki turystyczne. Takie nakładki na hiperprzestrzeń opracowują też inni, więc ustalenie pewnego standardu prezentowanych informacji na pewno ułatwiłoby życie wielu Internautom. W miarę oczywistego wzrostu liczby różnych informacji w polskiej sieci, WP musi też się rozbudowywać, z czasem przyjmując postać regularnej bazy danych sprzężonej z interfejsem WWW. Magazyn Internet, Grudzień 1996 - Wirtualna Polska ...jaka jest, jaka bedzieZ Leszkiem Bogdanowiczem, twórcą i administratorem katalogu Wirtualna Polska, rozmawia Krystian Grzenkowicz> - Co było impulsem do stworzenia Wirtualnej Polski, kiedy powstał ten serwis, ktoprzyczynił się do jego powstania i kto nim obecnie administruje?
Wirtualna Polska powstała na poczatku 1995 roku. Szczerze mówiąc nie pamietam dokładnej daty (*) - wtedy jeszcze nie spodziewałem się, że kiedyś będę o to tak często pytany. Pierwsza wersja Wirtualnej Polski była po prostu zbiorem odnosników (URL-i) z moich osobistych zakładek ubranym w prostą szatę graficzną. Zawierał on kilkadziesiąt odnośników pogrupowanych w kilkanaście kategorii. Obecnie katalog zawiera około 1700 odnosników w kilkuset kategoriach. Tę pierwszą wersję Wirtualnej Polski stworzyłem w czasie, kiedy przebywałem na stypendium doktoranckim w Ośrodku Badań Jądrowych w Karlsruhe (obecnie nazywa się on Osrodek Badawczy Karlsruhe) w Instytucie Informatyki Stosowanej. Z dala od kraju obserwowałem z radością powstawanie kolejnych serwerów WWW w Polsce. Ich adresy wpisywałem natychmiast do moich zakładek. Po jakims czasie liczba tych adresów urosła na tyle, że musiałem je przenieść na specjalnie w tym celu stworzone strony WWW. Zaraz potem pomyślałem sobie, że zgodnie z duchem Internetu powinienem podzielić się z innymi zebranymi przeze mnie informacjami. I tak powstała pierwsza wersja Wirtualnej Polski. Zainstalowana była ona na jednym z serwerów WWW Politechniki Gdańskiej.[...](*) Serwis Wirtualna Polska został publicznie ogłoszony 6-go sierpnia 1995 r - redakcja Gazeta Wyborcza, 7.10.2003 - Jak zeszły i rozeszły się drogi twórców Wirtualnej Polski, Zbigniew DomaszewiczEmocje, temperament, wielkie pieniądze. Co poróżniło pionierów polskiego internetu, założycieli portalu Wirtualna Polska? Dzisiaj reagują na siebie alergicznie i ciągają się po sądach Ciągnące się od miesięcy negocjacje dobiegły końca w nocy z czwartku na piątek. Rano w piątek w Warszawie podpisano umowę, zaraz potem specjalnie podstawiony samolot zabrał udziałowców spółki Centrum Nowych Technologii (CNT) do Gdańska, na jej ostatnie walne zgromadzenie. Jeszcze tego samego dnia zdecydowało ono o likwidacji firmy. Był październik roku 2001.
Skupieni w CNT ludzie, którzy w ciągu kilku lat przekształcili portal Wirtualna Polska z garażowej firmy w jedną z dwóch największych internetowych potęg w kraju, oddawali kontrolę nad swoim dzieckiem. Wirtualną Polskę przejmowała grupa TP SA, największy telekom w naszym regionie Europy. Inni mówią - telekomunikacyjny moloch.
- Ubrałem się wtedy na czarno. Wiedziałem, że ta umowa jest potrzebna, negocjowałem ją, ale czułem się powalony na kolana - wspomina Maciej Grabski, wówczas największy udziałowiec CNT. W Wirtualnej Polsce od roku 1997, przybył jako prywatny inwestor z pieniędzmi i planami rozwoju.
- Radość, gniew, zazdrość, chciwość... Emocje. Jeśli emocje biorą górę nad rozsądkiem, to trudno jest robić interesy - rozkłada ręce Marek Borzestowski. W Wirtualnej Polsce od początku, jeden z jej założycieli w roku 1995. Prezes firmy i za dawnych czasów, i obecnie. Z drobną różnicą - dziś Borzestowski urzęduje już jako zaufany człowiek grupy TP SA, publicznie chwalony przez jej menedżerów.
Maciej Grabski jest z zarządem portalu i grupą TP SA w konflikcie. W konflikcie z ekskolegami jest także Leszek Bogdanowicz, twórca i pomysłodawca Wirtualnej Polski, który kilka lat po jej stworzeniu odszedł z firmy.
- Konflikt był od dawna wpisany w tę spółkę - mówi dziś Bogdanowicz.
Internetowa prehistoria
Wirtualna Polska była pierwszym z czołówki krajowych portali. I jako jedyny z nich może się pochwalić romantyczną, garażową historią. Pozostałe - Onet.pl, Interia.pl, Gazeta.pl - powstały jako przedsięwzięcia biznesowe dużych firm (odpowiednio - Optimusa, ComArchu z RMF FM oraz Agory - wydawcy "Gazety Wyborczej"). Wirtualną Polskę stworzyli na półhobbystycznie entuzjaści, ludzie związani ze środowiskiem naukowym, zafascynowani - zapewne jako jedni z pierwszych w Polsce - internetem i jego perspektywami. Portal od początku rozwijał się i zyskiwał popularność dzięki gromadzeniu internetowej społeczności użytkowników, których łączył fakt wspólnego korzystania z witryny www.wp.pl. Wydarzeniami stały się coroczne letnie spotkania użytkowników WP.pl na morzem. Na pierwsze, z kiełbaskami i piwem, w 1997 r. przybyło około 300 internautów. W roku 2002 do Sopotu przyjechało 10 tys. osób.
To historia jakby żywcem wzięta z amerykańskiej Doliny Krzemowej. Paradoks, że ostatecznie Wirtualną Polskę przejęła TP SA, wielka korporacja, która - mówiąc oględnie - wśród wielu internautów nie cieszy się nadmierną sympatią.
Opowiada Leszek Bogdanowicz: - W 1995 r. przebywałem jako doktorant w niemieckim Karlsruhe, w ośrodku badań jądrowych. Zainteresował mnie tam Internet. Wraz z ludźmi ze środowiska naukowego Politechniki Gdańskiej stworzyłem Wirtualną Akademię, witrynę, na której publikowaliśmy różne artykuły. Oprócz tego tworzyłem listę adresów internetowych polskich stron WWW. W końcu adresów zebrało się kilkaset i tak powstał zalążek katalogu stron www. Upubliczniłem go na serwerze Politechniki. Całość nazwałem Wirtualna Polska i administrowałem tym z Niemiec.
W Karlsruhe przebywał na praktyce także Marek Borzestowski. Współpracował z Bogdanowiczem, dzielili internetowe hobby. Gdy jesienią 1995 r. wrócili do Polski, założyli w Gdańsku firmę Centrum Nowych Technologii. Maleńkie biuro, niewielkie pieniądze. - Czuło się wtedy powiew nowych technologii - wspomina Bogdanowicz, pierwszy prezes CNT. Do firmy dołączył trzeci znajomy entuzjasta internetu - Jacek Kawalec. Pewien kapitał na rozruch zainwestowali udziałowcy z Niemiec. CNT zajęło się głównie budową serwisów internetowych (stworzyło m.in. serwis "Rzeczpospolitej"). Jednocześnie, trochę na boku, rozwijano coraz popularniejszą witrynę Wirtualna Polska.
- To były sielankowe czasy. Młodzi ludzie, fajne koleżeńskie układy - wzdycha Bogdanowicz. - Tylko z pieniędzmi bywało ciężko, bo hasło "internet" wtedy jeszcze budziło zdziwienie. Czasem koledzy myśleli o rezygnacji. I w jednym z takich dołków, w 1997 r., pojawił się Maciej Grabski. Człowiek spoza branży i spoza środowiska - dodaje.
Prezes za burtą
Wcześniej działał w branży motoryzacyjnej, prowadził firmę handlującą częściami samochodowymi. Dziś, pytany o Bogdanowicza, Maciej Grabski stara się wypowiadać oględnie. Ostry konflikt, jaki nastąpił w spółce wkrótce po jego wejściu do Wirtualnej Polski, nie jest jednak tajemnicą.
Mówi Grabski: - Chciałem zainwestować w sprzedaż przez internet, szukałem kogoś do stworzenia odpowiedniej aplikacji. Trafiłem na CNT, firmę z ogromnymi perspektywami. Zaproponowałem swój udział w przedsięwzięciu, pieniądze, strategię: stawiamy wszystko na portal internetowy, a potem wprowadzamy go na giełdę jako firmę medialną. Zainwestowałem i w styczniu 1998 sam przyszedłem do pracy.
Mówi Bogdanowicz: - Grabski zainwestował około 100 tys. zł. Spółka podniosła kapitał, wykupiono inwestorów z Niemiec. Grabski objął 49 proc. udziałów w CNT. Przyjąłem z chęcią tę pomoc. Dostaliśmy zastrzyk pieniędzy i można było skoncentrować się na rozbudowie portalu, co było moim marzeniem. Ale szybko ujawniło się nasze niedopasowanie.
Mówi Borzestowski: - Konflikt dotyczył Bogdanowicza oraz Macieja Grabskiego. Ja w nim nie uczestniczyłem i nie chciałbym tego komentować.
Obaj koledzy podkreślają, że Grabski jest bardzo energiczny i kipi pomysłami. On sam się z tym chętnie zgadza. Różnią się z nim natomiast w ocenie tych pomysłów. - W firmie pojawił się problem podziału kompetencji. Nie da się zarządzać biznesem, gdy gros energii idzie na okiełznanie czyjegoś temperamentu - mówi Bogdanowicz. - Atmosfera stała się ciężka, frustrująca, uznałem, że to bez sensu pracować we własnej firmie, w której człowiek źle się czuje. A w Marku Borzestowskim nie znajdywałem oparcia.
Leszek Bogdanowicz twierdzi, że sam odszedł. Tak samo mówią jego byli koledzy. Ale w branży krąży opinia, że po cichu chcieli, by się wycofał.
Prezesem firmy został Marek Borzestowski.
Szampan za miliony dolarów
Już w lipcu 1997 r. liczba załadowań witryny Wirtualnej Polski przekroczyła milion miesięcznie. W 1998 r. gdański serwis, jako pierwsza firma internetowa w kraju, przeprowadził dużą ogólnopolską kampanię reklamową. W październiku tego samego roku WP została oficjalnie przekształcona w portal, miesiąc później uruchomiła darmową pocztę elektroniczną. Miała już wtedy jednak bardzo silną konkurencję - w czerwcu 1996 r. nowosądecki Optimus stworzył portal Onet.pl. Dysponując silnym wsparciem kapitałowym, Onet (dziś należący do medialnej Grupy ITI) dość szybko zdobył pozycję najpopularniejszego portalu w kraju. Wirtualna Polska, choć straciła pozycję lidera, nigdy nie spadła jednak na trzecie miejsce.
Lata 1999 - 2000 to najgorętszy okres internetu. Boom, internetowa bańka na wszystkich giełdach świata. Zawrotne wyceny, kosmiczne wizje, z których wiele dziś wygląda infantylnie. Wtedy jednak otwierały prawie każdą kieszeń.
We wrześniu 1999 r., po długich i bezowocnych negocjacjach z Softbankiem, właściciele WP łatwo dogadali się Ryszardem Krauze z Prokomu i przekonali go do wyłożenia pieniędzy na portal. WP stała się spółką akcyjną, w którą zainwestował także Dom Maklerski "Penetrator". Kilka miesięcy później, w styczniu 2000 r., do akcjonariuszy dołączył Intel - największy na świecie producent mikroprocesorów. Po tej inwestycji w rękach CNT pozostało 67 proc. akcji WP, Prokom miał 25 proc., Intel - 6 proc. a DM Penetrator - 2 proc. Minęło znów parę miesięcy i w maju fundusz inwestycyjny Transcontinental Fund zapłacił za 3 proc. pakiet nowych akcji WP 6 mln dolarów. Podniosło to już wycenę całej firmy do poziomu 200 mln dolarów.
Jesienią 2000 r. Wirtualna Polska fetowała w Warszawie szampanem piąte urodziny, a Marek Borzestowski, Maciej Grabski i Jacek Kawalec ogłosili zamiar wprowadzenia spółki na giełdę w Londynie i Warszawie. W grudniu miesięcznik "Businessman Magazine" przyznał obu autorom sukcesu Wirtualnej Polski tytuł "Biznesmenów Roku". Ten numer "Businessmana" intensywnie reklamowano - plakat z żółtą okładką, na której prezes Borzestowski i wiceprezes Grabski stoją oparci o siebie plecami z triumfalnymi uśmiechami na twarzach, można było zobaczyć na prawie każdym kiosku. W rankingu stu najbogatszych Polaków 2001 r. według tygodnika "Wprost" Grabski i Borzestowski zostali sklasyfikowani na 54. miejscu.
Jednak internetowa gorączka dogasała po giełdowym krachu, a portal spalał gotówkę jak lokomotywa. W kwietniu 2001 r. bank inwestycyjny ING Barings ocenił, że tzw. cash burn Wirtualnej Polski (tempo "przejadania" pieniędzy) to 5 mln zł miesięcznie. Tylko na kampanie reklamowe WP wydała w 2000 r. aż 13,6 mln zł, plasując się pod tym względem na czele polskich dotcomów. ING Barings wyceniał wtedy wartość Wirtualnej Polski na 490 mln zł.
Jeszcze w lutym 2001 r. na warszawski parkiet giełdowy zdążył dostać się konkurencyjny portal - krakowska Interia. Ale klimat wokół internetu stawał się coraz bardziej surowy. Wiosną zarząd Wirtualnej Polski musiał odłożyć na bok giełdowe ambicje. A nowych pieniędzy nie było. Była za to TP SA.
Negocjacje na bezdechu
Grabski i Borzestowski zgadzają się co do jednego - negocjacje TP SA prowadziła twardo i bezwzględnie. Pierwsze kontakty i rozmowy o ewentualnej inwestycji zaczęto jeszcze przed wejściem France Telekom do TP SA. Potem w 2001 r., już po podpisaniu listu o poufności, Bertrand Le Guern (dziś wiceprezes TP SA) przez wiele miesięcy umiejętnie przewlekał rozmowy, grał na czas i stopniowo zbijał cenę. Sprzyjały temu spadające wyceny firm internetowych na giełdach oraz zaciskająca się pętla finansowa na gardle Wirtualnej Polski - i w efekcie rosnąca skłonność jej właścicieli do ustępstw.
- Zetknęliśmy się ze światem dużej międzynarodowej finansjery, bez sentymentów. Negocjacje kończyliśmy na zupełnym bezdechu, w kasie zaczynało brakować pieniędzy. Jakbyśmy nie podpisali tej umowy, firma by już nie istniała - wspomina Marek Borzestowski. - Za dwa dni musielibyśmy ogłaszać upadłość - mówi Grabski (twierdzi jednak, że miał w zanadrzu innego poważnego kandydata na inwestora, nie może jednak podać jego nazwy).
Ostatecznie wycenę firmy ustalono na 35 mln dolarów - wielokrotnie mniej niż jeszcze rok wcześniej wyceniały ją banki inwestycyjne. Zarazem było to dużo więcej niż dzisiaj kosztuje na giełdzie lider rynku portali - Grupa Onet (około 80 mln zł). Umowę podpisano w październiku 2001 r. Inwestorem strategicznym WP została spółka TP Internet (TPI) z grupy TP SA (wkrótce potem zlikwidowała własny nieudany Portal.pl). TPI odkupiła wszystkie akcje od Penetratora i Intela oraz część papierów Prokomu i CNT. Objęła też nową emisję akcji Wirtualnej Polski, uzyskując w efekcie w spółce udział 50 proc. plus jedna akcja.
CNT zlikwidowano. Podpisując umowę z TP SA i sprzedając swe akcje po 11 dolarów za sztukę, indywidualni udziałowcy (którzy formalnie byli właścicielami CNT za pośrednictwem swoich specjalnych spółek, tzw. wehikułów inwestycyjnych - Grabski Inwestycje Finansowe, Key7 i Sokrates) zostawili sobie (również za pośrednictwem tych spółek) całkiem pokaźne pakiety akcji (w sumie ponad 25 proc.) do odsprzedania po lepszej cenie w przyszłości. Umowa zawiera bowiem opcję wyjścia z Wirtualnej Polski dotychczasowych akcjonariuszy w latach 2005-06, tak by w przyszłości to TP Internet została wyłącznym lub niemal wyłącznym akcjonariuszem portalu. Cena za akcję przewidziana w tej opcji ma zależeć od osiągnięcia przez Wirtualną Polskę określonych celów biznesowych, w szczególności liczby użytkowników. Rzecz w tym, że cele te już zostały zrealizowane - mówiąc w pewnym uproszczeniu, jeśli portal utrzyma do 2005 r. obecną liczbę użytkowników (ponad 5,5 mln miesięcznie) grupa TP SA musiałaby wtedy zapłacić mniejszościowym udziałowcom przeszło 60 dolarów za jedną akcję. Ta umowa opcyjna to główna oś dzisiejszego konfliktu. TP SA wyraźnie chciałaby się bowiem pozbyć wspólników wcześniej, a przede wszystkim dużo niższym kosztem.
Prezes wychodzi z akcji
Po przejęciu kontroli przez TP SA Maciej Grabski odszedł z zarządu, przenosząc się do rady nadzorczej Wirtualnej Polski. Marek Borzestowski pozostał jako prezes. TP SA jest zadowolona z jego rządów. - Portal jest bardzo dobrze zarządzany, osiąga coraz lepsze wyniki. Nie mamy żadnych powodów do ingerowania - mówi Yann Gondard, szef TPI. Borzestowski nie ma już akcji Wirtualnej Polski. W odróżnieniu od swych kolegów dał się przekonać TP Internet, nie czekał, aż nadejdzie termin realizacji opcji. W czerwcu sprzedał swoje akcje (5,83 proc.) po około 15 dolarów za sztukę, czyli łącznie za około 3,9 mln dolarów. - Uznałem, że nie jestem w stanie spełniać swoich obowiązków wobec spółki jako akcjonariusz, czyli finansować jej. Postanowiłem się wycofać - wyjaśnia krótko. Jego byli wspólnicy, jak mówią, byli tym zaskoczeni.
W efekcie udział mniejszościowych udziałowców w Wirtualnej Polsce spadł nieco poniżej 20 proc. (z tego spółka Grabski Inwestycje Finansowe ma 14 proc.). To zbyt mało, by blokować kluczowe uchwały, np. o podniesieniu kapitału. Po decyzji Borzestowskiego siła przetargowa mniejszościowych udziałowców wobec grupy TP SA istotnie zmalała.
W sierpniu akcjonariusze przegłosowali, że portal - który potrzebuje gotówki na bieżącą działalność i inwestycje - wyemituje nowe akcje po cenie 4 zł. To cena nominalna, najniższa z możliwych. Akcje z przysługującej sobie puli zdecydowały się objąć TP Internet i Prokom Internet, wpłacając za nie łącznie 38,6 mln zł. Uchwałę o emisji oprotestowali jednak w sądzie udziałowcy mniejszościowi (nie zapisali się na akcje z tej emisji).
- Przed decyzją o podniesieniu kapitału zarząd Wirtualnej Polski jakoby podpisał aneks, że ponad 25 mln zł z tej kwoty posłuży na spłatę pożyczki, którą Wirtualna Polska zaciągnęła w TP Internet - mówi Maciej Grabski. - Operacja sprowadza się więc w dużej mierze do zamiany przez TP Internet długu na dalsze akcje WP, czyli znacznemu zwiększeniu nad nią kontroli. I to po minimalnej cenie za akcję - tłumaczy. Kontrowersyjną pożyczkę, zgodnie z pierwotną umową, Wirtualna Polska ma prawo oddać dopiero w 2005 r.
Yann Gontard, szef TPI, podkreśla, że ograniczenie zadłużenia jest korzystne dla portalu. Poza tym Wirtualna Polska i tak otrzyma kilkanaście milionów złotych w gotówce pilnie potrzebnych na inwestycje i bieżącą działalność nim portal stanie się - zgodnie z planem w przyszłym roku - przedsięwzięciem dochodowym. - Wszyscy akcjonariusze mogli kupić akcje z emisji. Ale mniejszościowi udziałowcy nie zdecydowali się wyłożyć pieniędzy na rozwój firmy - tłumaczy Gontard. Na razie sprawa nadal jest w sądzie, spór dotyczy mnóstwa szczegółów i interpretacji faktów. Pieniądze wpłynęły na konto spółki, jednak portal nie może z nich korzystać. - A są już bardzo potrzebne - mówi Borzestowski.
Portal bez dostępu
Mniejszościowi udziałowcy kwestionują politykę biznesową grupy TP SA wobec WP. W odróżnieniu od konkurencyjnych portali Wirtualna Polska nie zaoferowała usługi tzw. wdzwanianego dostępu do internetu (wpływami z takiej usługi dzieli się portal z operatorem telekomunikacyjnym). Uruchomienie takiej oferty we współpracy z TP SA mogło wydawać się naturalne, jednak telekom nie jest tym zainteresowany. TP SA z powodzeniem oferuje taki dostęp na własną rękę i trzyma lwią część rynku.
Zdaniem mniejszościowych udziałowców operator pozbawia w ten sposób swój portal źródła pokaźnych przychodów, a przede wszystkim nie wywiązuje się z zapisów umowy inwestycyjnej. - Wirtualna Polska miała być portalem dostępowym TP SA. Tak było zapisane - podkreśla Maciej Grabski. Twierdzi, że jest gotowy inwestować w spółkę, jeśli portal rozpocznie wprowadzanie usług dostępowych.
Mniejszościowi udziałowcy obawiają się, że telekomunikacyjny gigant za pomocą różnych manewrów ominie zapisy umowy i jej warunki cenowe. Mówi się także o planach fuzji WP z TP Internet, w wyniku której zostaliby oni zupełnie zmarginalizowani i "wyciśnięci" ze spółki. Nie ufają drugiej stronie. Niedawno do zarządu WP powrócił Jacek Kawalec, by utrzymywać wgląd w sprawy spółki (TPI i zarząd WP uważają, że jego podwójna rola udziałowca i członka zarządu powoduje konflikt interesów).
Tajemnicą poliszynela jest, że grupa TP SA w każdej chwili chętnie wykupiłaby akcje Wirtualnej Polski od mniejszościowych udziałowców, rozwiązując sobie zupełnie ręce. Oni najpewniej także nie mieliby nic przeciw takiej transakcji. Próby negocjacji są jednak bezpłodne - rzecz rozbija się o cenę. - Realia rynkowe się zmieniają. Nie można żądać za BMW ceny Ferrari Testarossa. Trudno wymagać, by TP SA płaciła za akcje Wirtualnej Polski kwoty wielokrotnie przekraczające obecną wartość Onetu - argumentuje Marek Borzestowski, który akcji WP już nie ma.
Jeden internet, dwie Polski
- Rozumiem rozgoryczenie mniejszościowych udziałowców, ale nie współczuję im. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie, wygląda na to, że to powiedzenie może się sprawdzić dla części wojujących - mówi Leszek Bogdanowicz. Przed laty, wkrótce po odejściu z Wirtualnej Polski zabrał się za konkurencyjny projekt. Był to okres, gdy portale internetowe wyrastały w Polsce jak grzyby po deszczu. Przedsiębiorca internetowy Rafał Plutecki (wcześniej firma Internet Partners) zgromadził duże fundusze i zaproponował Bogdanowiczowi dowodzenie pracami nad budową portalu Arena. Nowy portal zadebiutował z dużym rozmachem wiosną 2000 r.
Bogdanowicz - pierwszy prezes Areny (z czasem zastąpił go Plutecki) - nie ukrywa, że rywalizacja z dawnymi kolegami dawała mu mocną motywację. Jeden z byłych pracowników Areny określa to dosadniej: - Leszek miał niemal obsesję, śledził każdy ruch Wirtualnej Polski, komentował z satysfakcją każde ich potknięcie. Kiedyś na jednym z rond w Gdańsku Arena wywiesiła gigantyczny banner reklamowy. Chodziło chyba o to, by tę demonstrację naszej siły widział Marek Borzestowski, jadąc do pracy - opowiada pracownik. Bogdanowicz: - Arena miała w Trójmieście swój dział technologiczny. Musieliśmy dbać o popularność i dobry image w tym regionie.
Twórca Wirtualnej Polski uważa, że został skrzywdzony. - Po odejściu chciałem sprzedać swoje udziały w CNT, by nie stwarzać konfliktu interesu z moimi przyszłymi projektami - twierdzi Bogdanowicz. Niestety w trakcie rozmów zamiast odpowiedzi na moją propozycję otrzymałem od udziałowców pozew sądowy o wykluczenie wspólnika za działalność na szkodę spółki. Pretekstem były moje plany związane z Areną. W efekcie sąd zablokował mi te udziały, co znacznie zmniejszyło ich wartość.
Ostatecznie Leszek Bogdanowicz sprzedał swe udziały w 2000 r. Szczegóły transakcji, w tym kwotę, otacza tajemnicą (choć niewątpliwie czasy sprzyjały uzyskaniu wysokiej ceny)
Wizja Areny jako bicza na Wirtualną Polskę nie pożyła długo. Spółce nie udało się zawrzeć sojuszu z firmą Tel Energo ani wejść na giełdę jako portal świadczący dostęp do internetu (bezpośrednią przyczyną niepowodzenia była nieoczekiwana zmiana frontu przez Tel Energo i w efekcie upadek planów giełdowych). Arena zbankrutowała w 2001 r.
Dzisiaj były szef WP i Areny świadczy rozmaite usługi doradcze przy projektach internetowych, mówi, że pracuje także nad własnymi nowymi przedsięwzięciami tej branży. Mówi też, że - uwaga! - udostępnił także swój pierwotny katalog stron serwisowi... Wirtualna Polska. Serwis ten oferuje obecnie katalog już ponad 70 tys. adresów z wyszukiwarką (www.w-p.pl). Serwis zawiera także "muzealną", pierwotną wersję Wirtualnej Polski z lipca 1995 r."
To oznacza, że w polskim internecie istnieją dwie Wirtualne Polski. Jak to możliwe? - Nigdy nie pozbyłem się praw autorskich do katalogu Wirtualna Polska - utrzymuje Leszek Bogdanowicz. - Swoje roszczenia w tej sprawie wobec firmy Wirtualna Polska SA zgłosiłem formalnie już w 2001 r. Bez skutku.
- Moje zastrzeżenia zignorowała także TP SA, kupując Wirtualną Polskę - dodaje Bogdanowicz. Swoje prawa autorskie wycenia przy tym na kwotę 10 mln dolarów. - Będę się starał doprowadzić z czasem do procesu sądowego. Na razie wsparłem nowy portal Wirtualna Polska, który może się dalej rozbudowywać.
Grabski i Borzestowski bagatelizują sprawę. - To bzdura - mówi Grabski. - Nazwa i znaki towarowe zostały dawno zarejestrowane na rzecz spółki. Bogdanowicz sam to podpisywał. Ta sprawa nie niesie dla Wirtualnej Polski żadnego ryzyka.
Kamień w historii cywilizacji
Wpisy w forum portalu Gazeta.pl pod informacją o konflikcie udziałowców Wirtualnej Polski:
"Trzeba się było Maciek słuchać w porę - jak ci mówiono, że cię wyd..czą. A teraz to już jest płacz nad rozlanym mlekiem, niestety". Podpisane - ty wiesz kto.
"Żal mi tych mniejszościowych udziałowców. Prawdopodobnie skończą tak jak bracia Jedamscy w konflikcie z BIG-iem. Nie mają szans przeciwko Kulczykowi zjednoczonemu na dodatek z Krauze". Podpisane: realista.
Maciej Grabski ma przeciwne zdanie - uważa, że udziałowcy mniejszościowi w sporze mają duże szanse, że swoją argumentację opierają na czytelnych przesłankach, a przede wszystkim na jasnych zapisach w umowach. Po zamknięciu sprawy i ostatecznej sprzedaży akcji Wirtualnej Polski, Grabski chciałby się zająć inwestowaniem w młode, rozwojowe firmy poprzez swoją spółkę Grabski Inwestycje Finansowe. - W Polsce można znaleźć rodzynki, a ja mam nosa. Gdybym wcześniej sprzedał wszystkie akcje za godziwą cenę, już bym wykorzystał kilka szans rynkowych. Ale nadal mam wiele planów i pomysłów - mówi.
Marek Borzestowski jest zadowolony z pracy jako najemny prezes Wirtualnej Polski: - Gdy do spółki weszła TP SA ze swoją kulturą korporacyjną i zmienił się zarząd, prowadzenie firmy stało się mniej nerwowe i emocjonalne, a bardziej merytoryczne. Mnie zaczęło się pracować lepiej. Teraz, niestety, wróciły trudności - mówi. W rozmowie Borzestowski chętnie odwołuje się do wyższych, filozoficznych racji. Opowiada o nowej cywilizacji, której zaczątkiem jest internet. - To ekscytujące, że w tym uczestniczymy, że dołożyliśmy swój kamień do tej budowli i udało nam się tak wiele osiągnąć. Trzeba tylko znać umiar w roszczeniach. Nie psujmy tego, nie przeciągajmy struny dla kilku groszy, ryzykując, że w końcu wszystko runie. Mamy dopiero po trzydzieści kilka lat. Przed nami jeszcze mnóstwo nowych możliwości.
Maciej Grabski: - Nawet jeśli za swoje akcje uzyskamy należną zapłatę, uważam, że Wirtualna Polska to historia niepełnego sukcesu. Moje marzenie: portal z silnym inwestorem strategicznym, ale jednocześnie z akcjonariuszami wśród pracowników, notowany na giełdzie, świadczący usługi dostępu do internetu na zdrowym zderegulowanym rynku i z tego wszystkiego czerpiący swoją siłę i zyski. Tak powinien wyglądać happy end.
|